Historia zaczyna się w krótki, ciemny, grudniowy dzień 2011 r. W ręce wpada mi najnowszy numer Polityki, w którym zaintrygował mnie artykuł o poszukiwaniach do kancelarii prezydenta RP młodych naukowców ze stopniem doktora.

Wymogów było kilka, w tym podstawowy – autorski projekt dotyczący Polski i jej spraw. W tym miejscu zastanowiłem się jaki projekt mógłbym napisać ja, historyk, osoba zajmująca się przez dekadę regionem Australii i Oceanii. Z tyłu głowy od lat kołatała się jedna myśl. Jak dowiedzieć się czegoś więcej o Polsce znajdującej się na środku Pacyfiku? Tego dnia połączyłem dwie myśli w jedną całość. Zajmę się sprawami Polski w projekcie do kancelarii Prezydenta RP. Naturalnie chodziło mi o sprawy Polski – tej leżącej na Kiribati. Tylko co o niej, w naszej Polsce, wiadomo? Ogólnie, nic, nie licząc kilku artykułów prasowych, oraz wzmianek w publikacjach polskich podróżników z Olgierdem Budrewiczem na czele. Z tego powodu warto podać kilka najbardziej podstawowych informacji na ten temat. Poland to wioska znajdująca w kraju o nazwie Kiribati, który składa się z 33 wysp i atoli. Największa z nich to Kiritimati, nazywana w języku angielskim Christmas Island, odkryta przez angielskiego żeglarza Jamesa Cooka w wigilię Bożego Narodzenia 1777 r. To największa wyspa kraju stanowiąca wraz z laguną ponad 70% powierzchni całej Republiki Kiribati. Tam właśnie znajduje się wioska Poland. Historia tej osady do tej pory nie została dokładnie zbadana, czym mam nadzieję zająć się w projekcie Poland helps Poland. Druga część projektu to pomoc mieszkańcom osady, której nazwa tak bardzo związana jest z naszą Ojczyzną. W ten sposób powstały w mej głowie zręby projektu humanitarno – naukowego.

Od początku zdawałem sobie sprawę, iż Polska nie jest na tyle bogatym krajem, by pomóc całej Republice Kiribati należącej do najuboższych krajów świata. Niemniej jednak nasz kraj jest wystarczająco zamożny, by pomóc wiosce będącej polskim śladem w centralnej części Oceanu Spokojnego. Pytanie tylko, czy Polska pomoże Polsce? To właśnie postaram się sprawdzić projektem Poland helps Poland.

Początkowo, gdy zacząłem dzielić się moim pomysłem, jak pomóc Poland, osoby z mojego otoczenia słuchały z niedowierzaniem. U niektórych wywoływało to delikatny uśmiech na twarzy znamionujący wątpliwość w realność tego, co mowię. Inni natychmiast brali to za żart lub sprawę nie do zrobienia. Styczeń 2012 r. był dla mnie okresem próby, czy będę potrafił wybronić projekt, gdy mnóstwo znajomych skazywało go na niepowodzenie. Zbyt krótki czas na zebranie wymaganych dokumentów sprawił, że projekt ostatecznie nie trafił do kancelarii prezydenta. W tym miejscu znów zadziałał mój polski charakter, który w skrócie można opisać zdaniem: „Co, ja nie dam rady?…”. Znałem to uczucie z czasu studiów, gdy wszyscy mówili, że nie da się napisać pracy naukowej dotyczącej polskich dzieci z Pahiatua (w tym czasie w Polsce temat polskich sierot wywiezionych w podczas II wojny światowej na Sybir i ich drogi do Nowej Zelandii nie był bliżej znany). Już w 2007 r. wydałem na ten temat książkę. Wtedy na sukces złożyło się wielu ludzi dobrej woli, organizacji, jaki i osób prywatnych. Mam nadzieję, że w tym przypadku będzie podobnie i Polska oraz my Polacy pomożemy Poland, przy okazji poznając jej historię.

Po zwerbalizowaniu tego, co chcę zrobić i przygotowaniu odpowiedniego tytułu rozpocząłem określanie priorytetów wyjazdu. Pierwszym i najważniejszy priorytetem stało się określenie daty podróży. To niezwykle ważna sprawa, gdyż od tego momentu wszystko, co robiłem, musiało ściśle podlegać tej dacie.

Nie lada łamigłówkę trzeba rozwiązać nim uda się dobrze ustalić datę wylotu i powrotu. W tym zdaniu słowo „dobrze” jest najważniejsze. Wybranie złego miesiąca grozi podróżowaniem w porze deszczowej, wichurami, cyklonami, a może i tsunami. Nie jest to szczególnie bezpieczne na wyspie, której najwyższy punkt wznosi się zaledwie kilka metrów nad poziom morza. Dodatkowo trzeba pomyśleć o swoim pracodawcy (Ile urlopu zostało do wykorzystania?). Rodzina też powinna zostać przygotowana do wyjazdu domownika na samotną wyprawę w nieznane, tak, by z jednej strony przebywać tam jak najdłużej, a z drugiej na tyle krótko, by nie przyprawić nikogo z familii o nerwicę czy zawał.  Naturalnie, nie można pominąć części finansowej czyli trzeba zbilansować budżet wyprawy (jak najwięcej za jak najmniej). Gdy uda się wszystkie te sprawy poukładać w kalendarzu, powstaje zakreślony na czerwono termin podróży, z odstępstwem dwóch-trzech dni, czyli marginesem dla propozycji linii lotniczych na najlepsze i najtańsze połączenie. Nie można zapominać, że na Kiritimati samolot lata tylko raz w tygodniu, a spóźnienie się na lot spowoduje przymusowe, tygodniowe uziemienie na Hawajach lub na Fidżi, co mogłoby być przyjemne, gdyby nie budżet zaplanowany co do dolara. Tak powstała data podróży: 2 – 25 września 2012 r.

Od momentu wybrania daty można się koncentrować na dalszych przygotowaniach, czyli cenie wyprawy i odpowiedzi na pytanie, gdzie ja znajdę tak duże pieniądze? W tym momencie rozpoczyna się zabawa z kolejną łamigłówką, wcale nie prostszą: Co zrobić, żeby polecieć? Kreatywne myślenie potrzebne jest niesłychanie. To dobry sprawdzian, by udowodnić sobie, że się potrafi. On daje dużo niezbędnej pewności siebie w trakcie wyprawy, gdy okazuje się, że plan „A” nie wypalił, plan „B” też średnio się nadaje i trzeba na szybko stworzyć plan „C”, a czasami nawet plan „D”. Czas przygotowania to okres, kiedy sprawdza się kontakty, które na przestrzeni lat udało się zebrać i podtrzymać. To też moment, gdy zawiązuje się całkowicie nowe znajomości, przez znajomych i znajomych naszych znajomych. Wtedy też powstają wątpliwości na ile znajomy naszego znajomego, który ma znajomego na wyspie, jest osobą rzetelną i godną zaufania? Czasem od takiej osoby zależy cały pobyt na wyspie. Naturalnie, im bliżej daty wylotu, tym więcej wiadomych, ale też więcej wątpliwości, czy wszystko pójdzie zgodnie z planem. Zamiast tracić czas na tego typu dywagacje lepiej skupić się na zorganizowaniu jak największej sumy pieniędzy oraz wykupieniu właściwych ubezpieczeń zdrowotnych (dla chętnych także ubezpieczeń komunikacyjnych). Tylko dzięki własnemu zapałowi, pasji i pomocy rodziny oraz wspaniałych przyjaciół podzielających moje poglądy udało się zebrać fundusze na podróż. Nieprzewidziane problemy pomoże rozwiązać karta kredytowa, używana jako ostatnia deska ratunku w potrzebie (po powrocie trzeba ją dosyć szybko spłacić, więc lepiej używać jej rozsądnie).

Ostatnim etapem przygotowań było skompletowanie całej listy survivalowych gadżetów, które można zdobyć taniej na portalach aukcyjnych oraz wizyta u lekarza internisty (lub lekarza medycyny tropikalnej), celem zebrania dodatkowych wskazówek co do zapobiegania odwodnieniu, porażeniu słonecznemu, ukąszeniom, ugryzieniom, skaleczeniom itp. Przy tej wyprawie sprawy higieny i przestrzegania wskazówek lekarza są dość ważne, gdyż na Kiritimati, gdzie zamieszkuje ok. 6 tys. osób, jest tylko jeden lekarz, a w samej wiosce Poland pracuje tylko jedna pani, przeszkolona na pielęgniarkę. W poważniejszych przypadkach kontaktuje się przez CB-radio z oddalonym o ponad 100 km wspomnianym lekarzem. Życie jest tam ciężkie, ale właśnie po to tworzę projekt Poland helps Poland, by pomóc mieszkającym tam osobom.  Ja na miejscu chcę spędzić dwa tygodnie, oni spędzają tam całe życie.

 

Nareszcie!!!. 2 września 2012 r. Po dziewięciu miesiącach snucia pomysłów, układania projektu, szukania sponsorów, kontaktów, ludzi dobrej woli, organizowania wyprawy, stoję w drzwiach samolotu do Paryża pełen podniecenia, a zarazem zestresowany liczbą spraw, które mogą się zawalić w najmniej oczekiwanym momencie. Nie ma odwrotu, powtarzam sobie wkładając podręczny bagaż do schowka nad głową. Jeśli chcę pomóc wiosce Poland na Pacyfiku muszę sprostać przeciwnościom losu. Po blisko trzydziestu godzinach w powietrzu i poczekalniach na lotniskach via Paryż i Los Angeles dotarłem do Honolulu. Umęczony podróżą i kilkudziesięcioma kilogramami bagażu (nigdy nie wiadomo, co się w Poland może przydać) zostałem bardzo ciepło powitany wieńcem świeżych, pachnących kwiatów przez Dagmarę, koleżankę Bożeny Jarnot – Honorowego Konsula RP na Hawajach. Po dwóch dniach w hotelu zdołałem nieco zregenerować ciało i umysł, innymi słowy zniwelować efekt tzw. jet lag. Było to wpisane w plan wyprawy. Doświadczenia z pobytu w Nowej Zelandii tzn. zmianę tak wielu stref czasowych wziąłem pod uwagę, przygotowując ten projekt. Dodatkowym punktem za podjęciem tej decyzji była wiedza o jednym locie tygodniowo na wyspę Kiritimati. Gdyby problemy na lotniskach zaburzyły termin lotów mogłem się spóźnić na jedyny samolot odlatujący na Kiribati. Na szczęście nic takiego się nie stało i wszystko szło zgodnie z planem. Czwartego września wyleciałem z Honolulu na wyspę Kiritimati. Lot trwał ok. trzech godzin (niestety cena biletu jest podobna jak za lot z Warszawy do Honolulu !!! ).

Na lotnisku międzynarodowym na wyspie Kiritimati (słowo lotnisko kojarzy nam się trochę odmiennie niż tam) powitał mnie Timei, człowiek który stał się moim przewodnikiem na okres 2 tygodni pobytu na wyspie. Właśnie odwoził swoją córkę i żonę na samolot, z którego wysiadłem. One leciały na Fidżi, gdzie córka uczęszcza do szkoły, a matka będzie tam z nią przez następne kilka miesięcy. Timei zabrał mnie swoim kilkunastoletnim minivanem do domu, przy którym pobudował kilka domków dla turystów. Co prawda na wyspie jest jeden hotel, Capitan Cook Hotel, niemniej u Timei’ego czułem się bliżej tamtejszej społeczności, zanurzony w ich codzienne życie i obowiązki. Miejscowość Tabwakea znajduje się blisko głównej miejscowości London, gdzie mieszczą się oficjalne urzędy, szkoły, szpital a nawet jedno ministerstwo. Dzięki kontaktom i wrodzonej obrotności w różnego rodzaju biznesach, jakie posiada Timei, to on zorganizował mi nocleg we wsi Poland. Po dwóch nocach w wynajmowanym u niego domku i zaopatrzeniu się w zgrzewkę półtoralitrowych butelek wody pitnej i kilka świeżych kokosów, wyjechaliśmy w kilkugodzinną drogę do Poland, jedynej wioski położonej po przeciwnej stronie wyspy. Upał na równiku daje się we znaki, stąd pamięć o tym, by się nie odwodnić, jest jednym z kluczowych obowiązków podróżnika. Wjazd do wioski Poland nie został oznaczony żadną tablicą. Naturalnie po drodze (bardziej polnej niż utwardzonej) drogowskazów także nie odnotowałem. Timei był znakomitym przewodnikiem i bez problemu dowiózł mnie pod drzwi kościoła Świętego Stanisława w miejscowości Poland. Tam miejscowi katolicy z katechetą na czele wskazali mi miejsce noclegu oraz przygotowali miejscową herbatę (gotowana woda z syropem todi – coś jak słodka woda o smaku kiszonych ogórków). Noclegiem dla mnie stała się chatka przy kościele, używana przez księdza podczas jego wizytacji wioski 2-3 razy w roku. Podczas tygodnia spędzonego z mieszkańcami wioski poprzez obserwację uczestniczącą starałem się dostrzec, czego mieszkańcom tej wioski potrzeba najbardziej. Ostatniego dnia skonfrontowałem moje spostrzeżenia ze zdaniem Polandczyków. Najważniejsze osoby w wiosce (sołtys, katecheta, nauczycielka, policjant, pielęgniarka), opowiedziały mi, czego im brakuje. Aby nie być gołosłownym, poprosiłem ich by spisali swoje potrzeby na kartce, a ja zabiorę te listy do Poland w Europie i zobaczymy jak może Poland helps Poland.

Wśród próśb mieszkańców Poland znalazły się: samochód półciężarowy, generator prądu, inkubator, defibrylator, respirator, baterie słoneczne, łódź metalowa z silnikiem spalinowym, budynek publiczny z pomieszczeniem dla sołtysa, policjanta, toaletą, salą komputerową z Internetem i książkami, materiały remontowe do wykończenia kościoła, szkoły, przedszkola, ambulatorium, a nawet boisko sportowe.

Ostatniego dnia wieczorem przed moim opuszczeniem wioski spotkałem się z mieszkańcami, dziękując im za gościnę. Zrobiłem polskie placki ziemniaczane i wręczyłem wszystko, co miałem, a co mogło się im przydać z mojego plecaka, poczynając od żywności i koszulek, a także długopisów (zadbałem, aby pamiątki z Polski miały napisy Poland), po solarne lampki i specjalne wydrukowane na płótnie w Polsce obrazy św. Stanisława Kostki, Matki Boskiej Częstochowskiej oraz bł. Jana Pawła II, którego Katolicy w Poland bardzo dobrze pamiętają z kazań misjonarza i kochają.

Po tygodniu mieszkania w Poland wróciłem do wynajmowanego u Timei domku, a następnego dnia spotkałem się z urzędnikami zajmującymi się wyspą. Bieda Kiribati, jako kraju jest powszechnie znana na Pacyfiku, stąd pomoc rządów Australii, Nowej Zelandii, Tajwanu, Japonii oraz USA. Niestety, środki te toną najczęściej w głównych miejscowościach wyspy, rzadko docierając do najmniejszej wioski leżącej na drugim końcu wyspy. Wioska Poland to prawdziwy koniec świata. Kiribati dla Europy to koniec świata. Od stolicy Kiribati do wyspy Kiritimati jest daleko jak na koniec świata. Niestety na wyspie Kiritimati to wioska Poland leży na końcu świata.  W tym miejscu powstaje pytanie: czy wioska długo jeszcze w ten sposób da radę egzystować bez pomocy? Kto mógłby pamiętać o tej wiosce? Nazwa Poland wskazuje taki kraj, ale czy ten kraj, któremu do lat dziewięćdziesiątych XX w. przysyłano pomoc humanitarną, jest w stanie to samo uczynić dla małej 400-osobowej wioski na środku Pacyfiku?

W naszym stowarzyszeniu stworzyliśmy projekt Poland helps Poland, wykonaliśmy jego pierwszy etap, czyli sprawdzenie, czego realnie potrzeba tej wiosce, uzyskaliśmy honorowy patronat Ministra Spraw Zagranicznych RP, wrzuciliśmy projekt do internetu, zainteresowaliśmy prasę. Uczyniliśmy pierwszy krok we właściwą stronę. Czy ktoś nam pomoże wykonać etap drugi?